Archiwum

Foto: Pan Jan walczy o odszkodowanie
10.02.2012
Ani samochodu, ani pieniędzy

video

Składki brali, odszkodowania nie wypłacą. Jan Karpus z pomocą pośrednika sprowadził samochód z Niemiec. Zarejestrował go w Polsce i bez problemu ubezpieczył. Kłopot pojawił się, gdy auto skradziono. Ubezpieczyciel odmówił wypłaty odszkodowania twierdząc, że umowa kupna samochodu była sfałszowana. Dowodów jednak nie przedstawił.


Jan Karpus z Bydgoszczy jest niepełnosprawny – nie ma jednej ręki. W 2010 roku postanowił kupić samochód z automatyczną skrzynią biegów, dostosowany do swoich potrzeb.

- Pan Jan nabył samochód z udziałem pośrednika na terenie Niemiec – opowiada Małgorzata Klemczak pełnomocnik pana Jana.

- To był passat combi koloru szarego za około 21 tysięcy złotych. Podpisałem umowę nie z pośrednikiem, tylko bezpośrednio z tym Niemcem – dodaje pan Jan.

Mężczyzna dopełnił wszelkich formalności. Zapłacił cło i rozpoczął procedurę rejestracji swojego nowego samochodu.

- Pojazd został zarejestrowany w marcu 2010 roku. Zgodnie z procedurą została wysłana informacja do systemu Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców. Nie było informacji zwrotnej – mówi Piotr Kurek, rzecznik Prezydenta Miasta Bydgoszcz.

Żeby spać spokojnie, pan Jan postanowił od razu ubezpieczyć swój nowy samochód. Wykupił pełny pakiet za ponad dwa tysiące złotych w Polskim Związku Motorowym. Po roku odnowił polisę.

- Wszystko było dobrze do momentu kradzieży z 5 sierpnia 2011 roku. Samochód zginął spod bloku – opowiada pan Jan.

Po kilku tygodniach umorzono postępowanie w sprawie kradzieży, bo nie udało się ustalić sprawców. Pan Jan był jednak pewien, że odzyska pieniądze. Samochód był przecież ubezpieczony.

- Podjęliśmy w tej sprawie decyzję o odmowie wypłaty odszkodowania, ponieważ umowa kupna sprzedaży była sfałszowana – mówi Marek Gołębiewski, rzecznik Polskiego Związku Motorowego Towarzystwa Ubezpieczeniowego Vienna Insurance Group.

Polski Związek Motorowy wynajął firmę, która miała sprawdzić, w jaki sposób pan Jan stał się właścicielem skradzionego pojazdu. Zdaniem ubezpieczyciela wątpliwości budzi podpis poprzedniego właściciela na umowie kupna-sprzedaży samochodu.

- Właściciel pojazdu twierdzi, że sprzedał ten pojazd dwa miesiące wcześniej niż zapisana data na umowie. Stwierdził też, że podpis na umowie nie jest jego. Na etapie zawarcia umowy nie mamy obowiązku ani środków, żeby w każdym przypadku zweryfikować dokumenty - tłumaczy Marek Gołębiewski, rzecznik Polskiego Związku Motorowego Towarzystwa Ubezpieczeniowego Vienna Insurance Group.

- Faktycznie obrót jest trochę szerszy. Obywatel niemiecki sprzedał samochód pośrednikowi niemieckiemu, ten pośrednikowi polskiemu, a ten dopiero obywatelowi polskiemu. Transakcje między pośrednikami nie są dokumentowane. Nawet jeśli ubezpieczyciel wykaże, że obywatel polski kupił samochód od pośrednika, to wcale nie oznacza, że nie jest jego właścicielem – mówi Bartłomiej Chmielowiec z Biura Rzecznika Praw Ubezpieczonych.

Prosiliśmy ubezpieczyciela o przedstawienie dokumentów potwierdzających rzekome sfałszowanie umowy kupna zawartej przez pana Jana. Otrzymaliśmy zapis rozmowy telefonicznej ubezpieczyciela z niemieckim pośrednikiem.

- Jedynym dowodem w tej sprawie jest rozmowa telefoniczna, ale nie wiemy nawet kogo z kim, bo nawet nie mam dostępu do notatki na okoliczność tej rozmowy – mówi Małgorzata Klemczak pełnomocnik pana Jana.

Z tej samej rozmowy telefonicznej ma wynikać, że kwota, jaką zapłacił pan Jan za swój samochód jest inna niż ta, która widnieje na umowie. Dziwi fakt, że o sfałszowaniu umowy ubezpieczyciel nie zawiadomił organów ścigania. Dlaczego?

- Bo nie mamy żadnych przesłanek, że nasz klient dopuścił się przestępstwa – odpowiada Marek Gołębiewski, rzecznik Polskiego Związku Motorowego Towarzystwa Ubezpieczeniowego Vienna Insurance Group.

- To jest ich asekuracja, która jest totalnym naruszeniem etyki biznesowej – ocenia Małgorzata Klemczak, pełnomocnik pana Jana.
Ubezpieczyciel twierdzi, że jego decyzja o odmowie wypłaty odszkodowania jest ostateczna. Panu Janowi zostaje więc walka o 20 tysięcy złotych przed sądem.

- Oni z premedytacją idą w tę stronę, żeby klienta zniechęcić, żeby dał sobie spokój. Klient zazwyczaj sobie odpuszcza i te pieniądze zostają na koncie ubezpieczyciela – mówi Małgorzata Klemczak, pełnomocnik pana Jana.*

* skrót materiału

Reporterka: Paulina Bąk

pbak@polsat.com.pl


back