Archiwum

31.05.2010
Od milionerów do bankrutów

Panowie Marcin i Paweł prowadzili znakomicie prosperujące biuro podróży "Big Blue". W ciągu roku wysyłali na wakacje po kilkadziesiąt tysięcy osób. Niestety, przez jedną kontrolę Urzędu Skarbowego zostali bankrutami i musieli zwolnić kilkadziesiąt osób. Kontrolerzy sprawdzali ich biuro podróży co roku. Wcześniej nie dopatrzyli się nieprawidłowości.


W 1998 roku panowie Marcin i Paweł założyli biuro podróży Big Blue. Postanowili specjalizować się w wycieczkach do Grecji. Jako pierwsi w Polsce zaoferowali loty na Santorini. Rozpoczynając działalność wierzyli w sukces. Ale o tym, co miało nadejść, nawet nie śmieli marzyć.

W ciągu czterech lat Big Blue odniosło oszałamiający sukces. Firma osiągnęła obrót w wysokości prawie stu milionów złotych. W 2002 roku obsłużyła 60 tysięcy turystów. Stała się jednym z liderów rynku, ale zaraz potem zaczęły się schody. 

Wszystko zaczęło się w sierpniu 2002 roku. Jak co roku, w Big Blue miała wtedy miejsce kontrola skarbowa. Działania urzędników miały być rutynowe. Wydarzenia szybko przybrały jednak nieoczekiwany obrót.

- Klient miał u nas do wyboru dwie usługi: jedną lotniczą, drugą pobytową. Pobytowa usługa, była oprocentowana 7-procentowym podatkiem VAT, usługa transportu międzynarodowego miała zerowy podatek VAT. Urząd skarbowy zarzucił nam, że klient nie kupuje wielu usług, tylko jedną z 7 procentowym podatkiem VAT - mówi Marcin Kołodziejczyk, były współwłaściciel firmy Big Blue.

- Każdy mógł wykupić sobie bilet na samolot czarterowy i polecieć do Grecji. Jednocześnie każdy mógł u nas wykupić sobie tydzień zakwaterowania w hotelu na Santorini i dojechać tam własnym samochodem, jeżeli miał takie widzimisię - dodaje Paweł Michalski, drugi właściciel firmy Big Blue.

Po przeprowadzonej kontroli Urząd Skarbowy stwierdził, że Big Blue musi zapłacić państwu prawie 8 milionów złotych zaległego podatku VAT. Problem w tym, że w poprzednich latach, ten sam urząd nie dopatrzył się w firmie żadnych nieprawidłowości. Dla właścicieli Big Blue zaczęło się piekło.

- Wytłumaczenie było proste: to, że ktoś przyszedł do nas, skontrolował naszą firmę i stwierdził, że nie dopatruje się żadnych błędów w księgowości, to nie znaczy, że my to robimy dobrze - opowiada Paweł Michalski.

Kilka dni po kontroli Urząd Skarbowy blokuje firmowe konto Big Blue. Są na nim 2 miliony złotych - pieniądze niezbędne do zakończenia przez biuro sezonu turystycznego. Big Blue staje na skraju przepaści. Właściciele postanawiają ratować firmę.

- Nie mogliśmy ogłosić upadłości, bo mieliśmy zbyt dużo klientów na destynacjach. Gdybyśmy to ogłosili w sierpniu, skala bankructwa byłaby jeszcze większa. Kilkanaście tysięcy osób, które były za granicą, nagle skończyłyby swój urlop - opowiada Marcin Kołodziejczyk.

- Podejmowaliśmy ruchy, które miały do tego nie doprowadzić, ale... walczyliśmy, walczyliśmy i przegraliśmy - dodaje Paweł Michalski.

W październiku 2003 roku właściciele Big Blue składają wniosek o upadłość firmy. Kilka dni później do prokuratury zgłaszają się pokrzywdzeni. Po trwającym trzy lata śledztwie, biznesmeni otrzymują zarzut oszustwa. Jak twierdzi prokurator, prowadząc interesy, biznesmeni nie informowali bowiem o dramatycznej kondycji firmy.

- Przesłuchiwani przez nas pokrzywdzeni powiedzieli, że gdyby wiedzieli, że istnieje taka sytuacja, to absolutnie nie powierzyliby tej spółce swoich pieniędzy - informuje Violetta Niziołek z Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze.

- Oskarżeni, nie przyznając się do winy, jednocześnie przyznawali fakty, które w ocenie sądu uprawniały do przyjęcia, że tego oszustwa się dopuścili - mówi Andrzej Wieja z Sądu Okręgowego w Jeleniej Górze.

W czerwcu ubiegłego roku właściciele Big Blue zostali skazani na 2 lata więzienia w zawieszeniu. Sąd apelacyjny utrzymał ten wyrok. I choć Big Blue, to już historia, biznesmeni wciąż winni są fiskusowi około 5 milionów złotych. A szanse na spłatę długu z każdym rokiem maleją.

- Jestem bankrutem do cna, nie mam nic - mówi Marcin Kołodziejczyk.

- Prawo ma być niejasne, bo jeżeli jest niejasne, to wtedy mogą interpretować je na sposób, jaki chcą - dodaje Paweł Michalski.*

* skrót materiału

Reporter: Rafał Zalewski rzalewski@polsat.com.pl(Telewizja Polsat)


back